„Dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie”

Powyższa maksyma wypowiedziana przez pewnego stalinowskiego aparatczyka PRL-u (będąca tytułem tego tekstu) powinna widnieć na budynkach sądów, prokuratur i komisariatach policji. Niechęć do tych instytucji wśród społeczeństwa nie powinna wywoływać zdziwienia. Instytucje mające stać na straży porządku i prawa doprowadziły do zatrzymania potem postawienia w stan oskarżenia i w końcu wydania wyroku na Tomaszu Komendzie. Na podstawie spreparowanych dowodów, zeznań zastraszonych świadków w majestacie Rzeczypospolitej Polski zniszczono życie człowiekowi.

Historia zmarłego Tomasza Komendy to nie tylko jego historia, historia najbliższych mu osób. To historia wrocławskich policjantów, prokuratorów, biegłych, sędziów, Doroty P. (sąsiadki babci Tomasza Komendy) i prawnika z urzędu, który miał gdzieś, co stanie się z nim. Żaden argument nie usprawiedliwia tych osób, które w imię chorych ambicji, lizusostwa i poklasku opinii publicznej zamknęli w więzieniu 23-letniego wrocławianina. Chociaż zmieniła się ustroje polityczne, to nadal jest podział na oni i my. Oni – elita, mająca środki finansowe chroniące ich przed jakąkolwiek odpowiedzialnością, mających na usługach cały aparat państwa, my – zwykli szarzy ludzie nie mający układów, zgromadzonych pieniędzy dzięki czemu moglibyśmy uniknąć stygmatyzacji i kryminalizacji.

Bajkę o „wolnych sądach”, o „wspaniałej” polskiej demokracji po 1989 roku słyszeliśmy nie raz, nie dwa z ust polityków, intelektualistów i dziennikarzy. Sprawa Tomasza Komendy zaprzecza temu, co głosili, głoszą i niestety głosić będą. Równości obywateli wobec prawa w polsce nie ma. Nieformalna kastowość w państwach demokratycznych nie jest tylko polskim wyjątkiem. Liczą się układy i pieniądze, które otwierają wiele drzwi. Dorota P. można powiedzieć miała takie układy. W swoim wrocławskim mieszkaniu prowadziła swoisty policyjny salon towarzyski. Przychodzili tam funkcjonariusze na ploty między wódka a zakąską. Musieli się tam dobrze czuć skoro jeden z funkcjonariuszy CBŚ – Centralnego Biura Śledczego uwierzył na słowo znajomej mitomance (Dorocie P.), że wnuk jej sąsiadki Tomasz Komenda jest powiązany z morderstwem na 15-letniej dziewczynie dokonanym w Miłoszycach położonych niedaleko Wrocławia. Morderstwa dokonano podczas imprezy sylwestrowej 1996 roku. Sprawa miłoszycka poruszyła polskie społeczeństwo.

Policja niezbyt udolnie prowadziła śledztwo przez kolejne trzy lata. Dorota P. zmieniła raz na zawsze życie 23-letniego chłopaka. Tak niestety funkcjonują państwowe instytucje, na zasadzie „uprzejmie donoszę na sąsiada”. Nikt nie analizuje owych donosów. Bo po co? Dorota P. chciała zemsty na matce Tomka, za to, że nie miała już siły być niańką dla jej synka. Jednym słowem wytoczyła wobec rodziny Tomka ciężkie działa – aparat państwa, żeby osiągnąć satysfakcję z zemsty za głupią kłótnię z panią Teresą Klemańską, mamą Tomka. Policjanci wrocławscy odtrąbili sukces w mediach, że złapano mordercę nastolatki, a opinia publiczna była zachwycona, że w końcu zatriumfowało prawo, a potem zatriumfuje sprawiedliwość przed sądem. Dziś wiemy, że kiedy policja weszła do mieszkania Tomasza Komendy owszem triumfowało, ale państwo donosicieli.

Potrzeba skazania Komendy była tak silna w strukturach wrocławskiej policji, że urządzono mu przesłuchanie rodem z czasów PRL-u. Rzekomo III RP miała się wyzbyć takich metod. Najwyraźniej zmieniła się po 1989 roku dekoracja, reszta pozostała bez zmian. Tomasz otrzymał potem adwokata z urzędu, który go nie wybronił. Co znamienne podczas apelacji od wyroku sądu niższej instancji nie był obecny. Drzwi więzienia zamknęły się na lata za Tomkiem. Zadowoleni z wyroku byli przede wszystkim prokuratura, policjanci i sędziowie. Społeczeństwo tylko częściowo z racji niewykrycia dwóch „wspólników” Komendy. Lech Kaczyński wylansował się jako „niezłomny szeryf” także na sprawie miłoszyckiej. Dzięki temu stał się jednym z najbardziej popularnych polityków w polsce. Lata mijały, piekło Tomka w więzieniu i jego rodziny trwało. Teresa Klemańska walczyła o niego. Chciała udowodnić, że jej syn jest niewinny.

Był już bliski samobójstwa po tym, co przeżył za kratami. Gdyby nie ona, nie wiadomo czy Tomek dożyłby dnia wolności. Tylko przypadkowy zbieg okoliczności doprowadził do tego, że wyszedł na wolność. Jeden z funkcjonariuszy policji postanowił wbrew instytucji, do której przynależał dowieść niewinności Komendy. Było to przy okazji próby wyjaśnienia kim byli dwaj pozostali oprawcy 15-latki. Po jego stronie stanął także dziennikarz TVN-u Grzegorz Głuszak. Opisał jego historię w mediach. Kiedy w marcu 2018 roku wyszedł na wolność od trzech lat rządził PiS. Swoją polityką ośmieszył państwo i jego instytucje, które przez lata uchodziły za gwaranta demokracji. Nie było to możliwe, gdyby nie brak zaufania sporej części społeczeństwa do sądów i prokuratury.

Policja także pokazywała swoją brutalną twarz. Wrocławska nie miała „dobrej passy” w oczach opinii publicznej. Z rąk policjantów prawie dwa lata wcześniej zginał Igor Stachowiak. Po wyjściu Tomasza Komendy również były ofiary interwencji policji. Tym bardziej rozumiano w społeczeństwie, że sprawiedliwość dla Tomka nie powinna się skończyć na uniewinnieniu go przez Sąd Najwyższy. Chciano osądzenia winnych tego, że on przed laty trafił do więzienia. Tak się niestety nie stało. Kilka tygodni temu umorzono śledztwo przeciwko tym, którzy do tego doprowadzili. Teraz Tomka już nie ma wśród nas. Została tylko gorycz, smutek i żal, że tylko sześć lat spędził na wolności.

Komentarzy jest wiele i obawy, że każdy z nas może zostać postawiony w takiej samej sytuacji jak Tomasz Komenda. Wystarczy, że będziemy mieli np. sąsiada lub sąsiadkę, którzy lubi „uprzejmie donosić” do organów ścigania.

Robert